Jeśli podobają się Wam moje prace i chcielibyście bym coś dla Was wykonała - piszcie. Zamówienia proszę umieszczać w komentarzach, lub wysyłać bezpośrednio na maila. 100% ręczna robota. Zapraszam. :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiersze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiersze. Pokaż wszystkie posty

2 lutego 2012

"Trochę o duszy" Wisława Szymborska

 
Duszę się miewa.
Nikt nie ma jej bez przerwy
i na zawsze.

Dzień za dniem,
rok za rokiem
może bez niej minąć.

Czasem tylko w zachwytach
i lękach dzieciństwa
zagnieżdża się na dłużej.
Czasem tylko w zdziwieniu,
że jesteśmy starzy.

Rzadko nam asystuje
podczas zajęć żmudnych,
jak przesuwanie mebli,
dźwiganie walizek
czy przemierzanie drogi w ciasnych butach.

Przy wypełnianiu ankiet
i siekaniu mięsa
z reguły ma wychodne.

Na tysiąc naszych rozmów
uczestniczy w jednej,
a i to niekoniecznie,
bo woli milczenie.

Kiedy ciało zaczyna nas boleć i boleć,
cichcem schodzi z dyżuru.

Jest wybredna:
niechętnie widzi nas w tłumie,
mierzi ją nasza walka o byle przewagę
i terkot interesów.

Radość i smutek
to nie są dla niej dwa różne uczucia.
Tylko w ich połączeniu
jest przy nas obecna.

Możemy na nią liczyć, 
kiedy niczego nie jesteśmy pewni,
a wszystko nas ciekawi.

Z przedmiotów materialnych
lubi zegary z wahadłem
i lustra, które pracują gorliwie,
nawet gdy nikt nie patrzy.

Nie mówi skąd przybywa
i kiedy znowu nam zniknie,
ale wyraźnie czeka na takie pytania.

Wygląda na to,
że tak jak ona nam,
również i my
jesteśmy jej na coś potrzebni.
 
 

22 listopada 2011

świadomie


nazywając nie tylko rzeczy
wpisałeś się w akt ważności
na ponadczasowość

po imieniu
wartym więcej niż pseudonim
zostawiłeś ślady linii papilarnych
pomiędzy ziarenkami

skarb oddania jest jak słońce
choć nie zawsze zachodzi w morzu
rozciera szczyptę piasku po całości




22 października 2011

filiżanka


 stałam się już tylko 
odbiciem w lustrze
śladem ust na filiżance 
oddźwiękiem zapomnianych słów
odciskami palców na kontakcie 
mgłą zapachu który pozostał

zgasło światło
gdy przechodziłam przez drzwi 
czasu bez powrotu


koleżanka

jej świat był za mały
topiła wartości na dnie szklanki
połykała razem z powietrzem
niewypowiedziane jeszcze słowa
o istnieniu
przecież była całym jestestwem

jej świat był za mały
więc rozbiła dno

13 czerwca 2011

nawet gdy

pewność jest nieistotna
zwisając głową w dół
doszukuję się podobieństw
poprzednich wcieleń

w prostym tłumaczeniu
odnajdujesz mnie jako
zlepek organicznej materii

wcześniej byłaś być może czymś żywym
ale raczej nie człowiekiem

nie boję się już ufam

jestem ewolucyjnym wybrykiem
potencjałem elektrycznym w korze
ze świadomością nazywanym
po imieniu

duszy nie ma
milczeniu odpowiadają słowa
-też cię kocham


9 czerwca 2011

czysta myśl

człowiek z natury jest istotą rozumną

daje się zwieść by poznać czucie
którego nie zastąpi
elektroniczny ulepszacz

nie osiągnął jeszcze szczytu
seksualności- żałuje
mimo to nie narzeka

gdy monogamia nazywana szczęściem
całe życie jak magnes
przywiera do rdzenia przewidywalności

może znaczyć cokolwiek





16 maja 2011

z tarczą ochrony przed bólem

kiedy kłamstwo jest prawdą
realność nie ma znaczenia
szukając odpowiedzi
zdarzało mi się zwątpić
bez gniewu teraz wiem
dlaczego
w nieprawdopodobnych sprawach
można odnieść zwycięstwo

percepcja jest wszystkim
czego potrzeba
żeby tylko mieć pewność
nie zadawać pytań o różnice
między dobrem a złem i tak
przyjdzie nam odpowiedzieć

dziękuję nie słodzę
ufam czerwonym owocom
lubię ser i
znam prawo

na pewno
popełniam błędy 




zapożyczając

nie jem chleba unikam soli
muszę mieć pewność że nie zabraknie
dla ciebie
dosypuję jodowanych ziaren po dziurki

mam zwyczaj smakowania świata
według normy

kawę z miodem dopełniam
odchudzoną nadzieją
czasem ubijam pianę ale

weird jest zawsze
na wierzchu



wspomnienie

w trzeciej szufladzie skurczone
między trzepaczką a tłuczkiem

schowało się  

gdy ptaki dziobały
otartą skórkę improwizacji
zapachniało figą z makiem


między światami

balsamem gestów wypełnia pęknięcia
mało wartościowych pereł na piersi

przymykam oczy
pozwalam ciągnąć za kącik ust
aż ślina cieknie

zdumiony niezdarnie zasysa
sączące się rany
i znika za szybą


Chilly

pokątnie obecna

kwituje zobojętnieniem
domowy kipisz
wykrzykując niepewne racje

bez poczucia winy
zostawia porozrzucane
części garderoby i
intymnie znajomy zapach

niedotykany od dawna
okazujesz jedynie apatię
gdy na ratunek światu
powabnym krokiem
biegnie układać życie
nie gasząc światła



Lure

poczeka na pociąg po północy
nie będzie tak tłoczno
pod neonem new life
pomyśli
gdzie zmienić bieliznę umyć zęby
kawa zdąży się wypić
nim ostygnie
impulsywny czyn

nie za rok
za kilka lodowatych zdrad
będzie niewinna


magnetyczni

w niedoskonałości
sięgamy iluzji
by ocalić od zapomnienia
zamierzchłe czasy

po samodestrukcji
przyciągamy się zachłannie

pragniemy nowych wrażeń
przeszywających ciarek na ciele
emocjonalnie wyrywających

kołek za kołkiem


światło


wpada do świątyni 
kopiując witraż
w geometryczną tęczę

brokatem szczęśliwszych łez
sklejam marzenia
w sensowną mozaikę
  
od kiedy jesteś
świt nie zwleka
zwęża źrenice
na oścież rozproszone



więzy

runem złotym okrywam
w codziennej wędrówce
między chłodem a promieniem
poszukiwanego skarbu

siatka słów
utkana szerokim oczkiem
rozciąga długość ramion

chuchając
wplatam baśnie w dłonie
włóczykija


czekając na

kiedyś wydziergałam
zdrętwiałymi palcami
magię na czas
gdyby zabrakło

dziś wdycham parę
głaszcząc żelazkiem
jej ciepłe sploty

ciszę wypełnił głos
mówiący pa
po raz ostatni


z aromatem

grzaniec śliwkowy
dodawał wypieków rozmowie

gorącą czekoladą
popijaliśmy wspomnienia
zasiane makiem
między bakaliami
do zimy znów cię oswoiłam

tego lata już spokojniejsza
wdycham aromat białej herbaty
o smaku pomarańczy


czasomierz

nastawiona na czuwanie
z nieregularnym alarmem
krzyczę z przepony

wdechem i wydechem
trybik po trybiku
naoliwiony

drganie kończyn
wykazuje potrzebę
istnienia mego

zegarmistrza


namacalnie

obłąkana niepewnością
na granicy strachu
łapczywie chwytałam ćmy

przypadkowym dotknięciem motyla
w szarym płaszczu
wylałam słońce na księżyc

bo nic bez przyczyny
nie kryło się
w bólu


oddychamy

wyczekiwany szept
oznaką strachu
schowana w szafie
uchylam drzwi

zakradam się pod łóżko
skrzypi zmęczony materac
bierzesz głęboki oddech
pytasz po co

bezradnych rąk nie dotknę
zaczarowana

po drugiej stronie
w szafie pod łóżkiem
bez lęku

jesteś schowany
inaczej bym nie oddychała